Wynalazczyni - tak, istnieje takie słowo
Pomniki stawiamy wielkim wodzom, królom i politykom. Tymczasem prawda jest taka, że cywilizację uratowały głównie dwie rzeczy: koło… i zmywarka.
Dlatego nagroda za działalność na rzecz ludzkości wędruje do Josephine Cochrane - wynalazczyni zmywarki do naczyń. Tak, WY-NA-LAZ-CZY-NI. Kobiety, która prawdopodobnie któregoś dnia spojrzała na stertę talerzy i powiedziała: "Nie, do diabła, nie! Mówię pas!".
I tak powstała ONA - cudowna zmywarka, przyjaciółka na dobre i na złe. Jak dla mnie stała się członkiem rodziny. Bardzo ważnym członkiem rodziny. Takim, którego nie ocenia się za hałas, tylko dziękuje mu za codzienną służbę. Urządzenie, które w domach z dziećmi nie jest żadnym luksusem. To sprzęt pierwszej potrzeby. Jak prąd, kawa albo zamknięcie się w toalecie na trzy minuty ciszy.
Mam wrażenie, że kiedy zmywarka się psuje, w domu automatycznie ogłaszany jest stan klęski żywiołowej. Nagle okazuje się, że pięcioosobowa rodzina jest w stanie zużyć około czterdziestu kubków dziennie. Nie wiem jak. Nie pytam. Nie chcę znać prawdy.
Bo umówmy się, za mało mówi się o kobietach wynalazczyniach. W szkole człowiek słyszał głównie o panach z brodą, którzy coś odkryli, skonstruowali albo wynaleźli. A przecież kobiet takich jak Josephine było znacznie więcej.
Kobiety również wymyślały rzeczy, które realnie zmieniały codzienność. Stephanie Kwolek stworzyła kevlar, dzięki któremu dziś powstają między innymi kamizelki kuloodporne. Hedy Lamarr współtworzyła technologię, bez której prawdopodobnie nie mielibyśmy dziś Wi-Fi i Bluetooth. Mary Anderson wynalazła wycieraczki samochodowe, czyli coś, bez czego połowa kierowców przy pierwszym deszczu zakończyłaby podróż w rowie. Marion Donovan udoskonaliła wcześniejszy pomysł pieluchy, tworząc wodoodporne jednorazowe pampersy. Wcześniej samą pieluchę opatentowała Maria Allen.
Tylko problem polegał na tym, że przez lata ich nazwiska często ginęły gdzieś w cieniu męskiego świata wynalazców, naukowców i konstruktorów. Kobiety coś tworzyły, odkrywały, projektowały… a później historia bardzo często mówiła o nich półgłosem albo wcale. I właśnie dlatego cieszę się, że to powoli się zmienia. Że moja dziesięcioletnia córka nie traktuje słowa „wynalazczyni” jak czegoś dziwnego. Dla niej to normalne, że kobieta może coś stworzyć, wymyślić albo zaprojektować.
I może właśnie o to chodzi, żeby nasze córki dorastały w świecie, gdzie nie muszą się zastanawiać CZY mogą, tylko CO chciałyby wynaleźć.


