Filologia lęku, czyli chroniczny ambaras

Kiedy człowiek zostaje rodzicem, bardzo szybko odkrywa, że istnieją dwa rodzaje ludzi. Pierwszy to ci, którzy nieustannie mówią, że ich dzieci są grzeczne. Drugi to rodzice, którzy już nawet nie mają siły kłamać.

Bo prawda jest taka, że dzieci bardzo rzadko robią problemy specjalnie. One po prostu z niewiarygodnym talentem i ogromnym zaangażowaniem pakują człowieka w problematyczne sytuacje. Przykład? Bardzo proszę. Moi synowie uwielbiają w domu babci przesuwać wskazówki w zegarach. Efekt jest taki, że nikt nigdy nie wie, która jest godzina. Człowiek myśli, że już pora obiadu, a tu okazuje się, że według zegara w kuchni nadal trwa śniadanie.

Są też specjalistami od chowania babcinych kapci w miejscach, których logika i nauka do dziś nie potrafią wyjaśnić. Kapcie były już w piekarniku, w pralce, kilka razy w koszu na pranie. Dlaczego? Nie wiem. Oni też chyba nie wiedzą.

Bo to śmieszne. Bo w ich głowie to genialny plan. I właśnie wtedy jako rodzic próbujesz zachować resztki godności, stojąc po raz kolejny przed rodziną (czy obcymi ludźmi) i tłumacząc, że twoje dzieci nie są małymi psychopatami. One po prostu mają sześć lat i nieograniczoną wyobraźnię. 



Najciekawsze jest jednak to, że dzieci robią to wszystko z absolutnie czystym sercem. One naprawdę nie chcą źle. Po prostu żyją bez filtrów, bez dyplomacji i bez tego cienkiego głosu w głowie, który dorosłym mówi: "Może jednak nie róbmy tego publicznie". I czasami mam wrażenie, że język polski w ogóle nie jest przygotowany na opisywanie życia rodzica. Bo jak inaczej nazwać stan, w którym jednocześnie jesteś zły, zmęczony, rozbawiony i o krok od załamania nerwowego? 

Polski podobno należy do jednych z najtrudniejszych języków świata. Mamy siedem przypadków, odmianę przez wszystko, słowa brzmiące jak zaklęcia i wyrazy typu „chrząszcz”. Polski język ma podobno nawet kilkaset tysięcy słów, ale gwarantuję, że żadne z nich nie opisuje dokładnie emocji rodzica, który odkrywa mokrą skarpetkę na półce z mąkami albo pudełko z roztopionymi lodami w salonie (wszystkie przykłady są oparte na moich historiach ;) ).

Według językoznawców nauka polskiego do poziomu komunikatywnego zajmuje około 1100 godzin. Tymczasem moje dzieci w mniej niż pięć minut potrafią doprowadzić mnie do stanu, w którym zapominam całego słownictwa. Dlatego moje dzieci nie robią problemów. One jedynie z pełnym zaangażowaniem i kreatywnością wpędzają mnie w chroniczny ambaras.

A później człowiek stoi między regałem z makaronem a psychicznym załamaniem i zastanawia się, co poszło nie tak…


Popularne posty